sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 7

Wpatruję się w jego oczy. Takie błękitne. Jednak ta magiczna chwila nie trwa długo. Zaraz wpada jakiś inny ratownik medyczny
-Tam jest jeden żywy-dyszy, bierze jakieś liny i pasy i apteczkę. Zrywam się na równe nogi i czuję silnie pulsujący ból w tyle głowy. Łapię się za głowę i z sykiem siadam gwałtownie na podłogę.
-Aaaa- W oczach pojawiają się łzy bólu. Chłopak szybko zareagował Klęknął obok mnie i boleśnie powoli podniósł moją głowę.
-Nikol-szepcze. Opieram głowę o jego udo i czekam aż ból zelży. Głaszcze mnie po włosach.  Zacięte łzy nie chcą przestać płynąć. - Nicol nie płacz. Chodź usiądź. -Pomaga mi się podnieść. Pośpiesznie ocieram łzy. Kuca przede mną. Przygląda mi się przez chwilę i do karetki wchodzi ten sam co wcześniej facet. -Co jest.
-Nie żyje. Skała opadła zanim zdążyliśmy do niego dojść.  No to teraz zajmiemy się tobą.
-Nic mi nie jest.-Mówię szorstko.
- Popatrz-mówi i pokazuje mi palec. Patrzę na niego a on świeci mi po oczach tą swoją latareczką. -Co podane?
- Melisa podwójna dawka tak jak kazałeś.
-Dobrze. Podaj mi ketanol i wacik.- Chłopak szybko wziął lekarstwo. Doktorek podał mi domięśniowo zastrzyk. Otulił kocem i kazał siedzieć spokojnie.
W Szpitalu wzięli mnie na badania i poinformowali rodziców że jestem w szpitalu i o śmierci mojego brata.

Siedziałam na łóżku i tępo patrzyłam w ścianę szpitalnych pokoi. Nie zwracałam uwag na to kto wchodzi.
-Niki.- Odetchnęła mama.-Boże.- rzuciłam jej się w ramiona.
-Mama-zaczęłam płakać jak dziecko. Przez dłuższy czas płakałam w jej szyję. Ona tuliła mnie mocno próbując uspokoić.
***
Wyjechałam musiałam wyjechać. Zatrzymałam się w Seattle. Wynajęłam mieszkanie. Zapisałam się do szkoły. Dopiero zaczęłam normalne życie. Rodzice opłacają mieszkanie i przesyłają mi pieniądze. Rozumieją mnie dlatego nie protestowali kiedy powiedziałam że chcę się wyprowadzić. Mieszkam tu już od 5 miesięcy i jest mi dobrze.
- Hej-powiedział cicho Jake.
- Hej-wymruczałam sennie.
-Wstawaj śpiochu.- całuje kącik ust.- Wstawaj masz dzisiaj ostatni dzień matur
-Ale mnie pocieszyłeś-mruknęłam pod nosem. Zaczęłam się podnosić na łóżku. Siedziałam długo wczoraj i powtarzałam materiały. Przetarłam zaspane oczy. Była 7.10 a miałam na 9. Poszłam się trochę ogarnęłam i ubrałam się na luzie ale elegancko. Wyszłam z łazienki była 8.10. Jake uśmiechnął się na mój widok. Podszedł do mnie  i pocałował.
-Piękna jesteś.
-Tak. Już to słyszałam.- Uśmiechnęłam do niego ciepła-Ale znasz moje zdanie.-Powiedziałam a on lekko uderzył mnie w tyłek
-Ej za co?
-Dobrze wiesz za co. I będziesz tak dostawać za każdym razem kiedy będziesz tak mówić.- Przyciągnął mnie jeszcze bliżej i pomasował miejsce które uderzył.
- O której wrócisz?-Zapytałam
-Dzisiaj mam zebranie kotku. Trochę mi się zejdzie. Ale możesz przyjść. Dzieciaki za tobą szaleją.
-Dobrze. Przyjdę. Biorę kilka łyków kawy i wychodzę z domu.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział 6

-Liam no proszę cię.- Zaczął mnie łaskotać.- Liam, no weź. Wiesz co się stanie jak podniosę nogę?- Spojrzał na mnie błagalnie.
-Nie rób tego.-Prosi.
- Nie zrobię jak się uspokoisz.
-Już nie będę.- Położył się na mnie. - I co?
-Nic-Powiedziałam.
-Zmęczyłem się-wyznał z udawaną szczerością
-No coś ty? Serio? Tylko na tyle cię stać?-zapytałam drażniąc się z nim.
-Eee... Nie chcę Wam przeszkadzać...-zaczął Lou ale mu brutalnie przerwano
-To nie przeszkadzaj-wtrącił brat
-Ale my też tu jesteśmy.- Dokończył. Niebieskooki.
-Chcesz się przyłączyć?-Zapytałam.
-No jasne zaśmiał się i wpakował się na łóżko. - Mmm to robimy trójkącik.
-No jasne.-Zaczęliśmy się śmiać.
-Och Liam...- Ale ty masz mięśnie-zaczął z udawanym podziwem... A jakie nogi. Och Liam...
-A idźcie wy zboczeńce. Wysunęłam się z łóżka i wpadłam prosto w ramiona Nialla.
-Robisz to celowo?-pyta rozdrażniony.
-Co robię?-Pytam. Nie wiem o co mu chodzi.
-Doprowadzasz mnie do szału. Pragnę cię. Tu i teraz-szepcze mi w usta.
-Niall proszę. Wytrzymaj. Nie chcę się tak angażować. Zależy mi ale jeszcze nie teraz.
-Zaczekam . Ale nie myśl że ci odpuszczę.-Muska moje usta delikatnie.

Robimy postój. Wysiadam z Autobusu i idę w kierunku jakiegoś pola. Byłam mniej więcej w połowie drogi jak mnie złapał mój braciszek w tali.
Wziął na ręce i zawrócił się ze mną. Patrzę na niego gniewnie a on uśmiecha się szeroko.
-Kotku tam masz łazienkę.
-Nie chcę do łazienki.-Patrzy na mnie kpiąco.-Dobra chcę ale chcę się przejść po świeżym powietrzu.
-Zaraz pójdziesz. najpierw idź do łazienki.
-Po co?
-Bo później nie wejdziesz.- Dopiero po chwili skojarzyłam o co chodzi.
-Możesz mnie już postawić?
-Nie. Ja wchodzę z tobą do łazienki.
-Nie wchodzisz.
-Są dwie oddzielne kabiny. Nie bój się. Nie będę podglądał.
-Inaczej zarobisz kopa-uśmiecham się słodko.
-Oj nie przesadzaj. Ja taki nie jestem.
-Miałabym wątpliwości.-uśmiechnęłam się słodko.
-Idź i mnie nie denerwuj.- Szybko się uwinęłam i poszłam na pole. Położyłam się za wysoką trawą żeby mieć chwilę spokoju. Leżałam i patrzyłam w chmury. Ojciec. Przypomniało mi się że jest na wolności.
-Niki-krzyczy Liam.- Niki wyjdź.
-Nie, zostawcie mnie tu-drę się. Słyszę kroki i Już wiem że nie jestem bezpieczna. Zrywam się na równe nogi i biegnę wyłaniając się z trawy. Łzy spływają mi po twarzy. Potknęłam się i upadłam. Cholera. Liam dobiega do mnie. Klęka obok mnie i przytula.
-Już dobrze. Jestem tu. Jestem.-mówi.
-Dlaczego to robisz?
-Bo cię kocham-mówi.-Kocham rozumiesz?
-Ja ciebie też.-szlocham.
-Uspokój się i jedziemy dalej.- Szepcze. Wyciera kciukiem moje łzy.
Ruszamy do samochodu. Wyszliśmy z pola z drugiej strony busa. Niespodziewanie usłyszeliśmy pisk opon i bus zaczął lecieć na nas. Liam odepchnął mnie z toru a sam wpadł pod samochód.
-Liam-krzyknęłam.  Zmienił kurs i sunął się prosto na barierkę przez którą wypadł i po kilku sekundach wybuch uderzając o ziemię.  Chciałam skoczyć za nimi ale złapał mnie kierowca tira.
-Co pani robi?-krzyczy zdenerwowany.
-Co ja robię? Co pan zrobił. Zabił pan ich wszystkich.
-Proszę się uspokoić. Zadzwonię po karetkę.
-Nic mi nie jest-warczę.
- Proszę usiąść u mnie w samochodzie. Zadzwonię po pomoc.
Siedzieliśmy i czekaliśmy aż się zjawią. W końcu przyjechali Dwóch sanitariuszy zajęło się mną. Zbadali mnie, dali koc i wsadzili do karetki. Tam podali mi środki na uspokojenie. Ale w głowie wciąż miałam ich wszystkich.
-Sprawdźcie czy tam są jacyś żywi.- mówię
-Przecież był wybuch-tłumaczy spokojnie sanitariusz. Był młody i przystojny. Po akcencie wywnioskowałam że nie jest stąd.
-Ale przecież ktoś mógł wyskoczyć.-kwilę. -Proszę.
-Dobrze zaraz zawiadomię kilka osób i się tym zajmą. - Jezu jaki on jest spokojny.- Jesteś teraz w dużym szoku.
-Nie powinieneś byś lekarzem. Jesteś zbyt młody.-Oznajmiam i widzę że go tym zaskakuję.
-Jest pani bardzo spostrzegawcza.
-Nie mów do mnie pani. Nie mam 20 lat żeby nazywać mnie panią.
-Przepraszam. Jak więc masz na imię?
-Nicol.-Odpowiadam.
-A ja John.-Uśmiecham się blado. Zapominam na kilka sekund o wypadku.