Wpatruję się w jego oczy. Takie błękitne. Jednak ta magiczna chwila nie trwa długo. Zaraz wpada jakiś inny ratownik medyczny
-Tam jest jeden żywy-dyszy, bierze jakieś liny i pasy i apteczkę. Zrywam się na równe nogi i czuję silnie pulsujący ból w tyle głowy. Łapię się za głowę i z sykiem siadam gwałtownie na podłogę.
-Aaaa- W oczach pojawiają się łzy bólu. Chłopak szybko zareagował Klęknął obok mnie i boleśnie powoli podniósł moją głowę.
-Nikol-szepcze. Opieram głowę o jego udo i czekam aż ból zelży. Głaszcze mnie po włosach. Zacięte łzy nie chcą przestać płynąć. - Nicol nie płacz. Chodź usiądź. -Pomaga mi się podnieść. Pośpiesznie ocieram łzy. Kuca przede mną. Przygląda mi się przez chwilę i do karetki wchodzi ten sam co wcześniej facet. -Co jest.
-Nie żyje. Skała opadła zanim zdążyliśmy do niego dojść. No to teraz zajmiemy się tobą.
-Nic mi nie jest.-Mówię szorstko.
- Popatrz-mówi i pokazuje mi palec. Patrzę na niego a on świeci mi po oczach tą swoją latareczką. -Co podane?
- Melisa podwójna dawka tak jak kazałeś.
-Dobrze. Podaj mi ketanol i wacik.- Chłopak szybko wziął lekarstwo. Doktorek podał mi domięśniowo zastrzyk. Otulił kocem i kazał siedzieć spokojnie.
W Szpitalu wzięli mnie na badania i poinformowali rodziców że jestem w szpitalu i o śmierci mojego brata.
Siedziałam na łóżku i tępo patrzyłam w ścianę szpitalnych pokoi. Nie zwracałam uwag na to kto wchodzi.
-Niki.- Odetchnęła mama.-Boże.- rzuciłam jej się w ramiona.
-Mama-zaczęłam płakać jak dziecko. Przez dłuższy czas płakałam w jej szyję. Ona tuliła mnie mocno próbując uspokoić.
- Hej-powiedział cicho Jake.
- Hej-wymruczałam sennie.
-Wstawaj śpiochu.- całuje kącik ust.- Wstawaj masz dzisiaj ostatni dzień matur
-Ale mnie pocieszyłeś-mruknęłam pod nosem. Zaczęłam się podnosić na łóżku. Siedziałam długo wczoraj i powtarzałam materiały. Przetarłam zaspane oczy. Była 7.10 a miałam na 9. Poszłam się trochę ogarnęłam i ubrałam się na luzie ale elegancko. Wyszłam z łazienki była 8.10. Jake uśmiechnął się na mój widok. Podszedł do mnie i pocałował.
-Piękna jesteś.
-Tak. Już to słyszałam.- Uśmiechnęłam do niego ciepła-Ale znasz moje zdanie.-Powiedziałam a on lekko uderzył mnie w tyłek
-Ej za co?
-Dobrze wiesz za co. I będziesz tak dostawać za każdym razem kiedy będziesz tak mówić.- Przyciągnął mnie jeszcze bliżej i pomasował miejsce które uderzył.
- O której wrócisz?-Zapytałam
-Dzisiaj mam zebranie kotku. Trochę mi się zejdzie. Ale możesz przyjść. Dzieciaki za tobą szaleją.
-Dobrze. Przyjdę. Biorę kilka łyków kawy i wychodzę z domu.
-Tam jest jeden żywy-dyszy, bierze jakieś liny i pasy i apteczkę. Zrywam się na równe nogi i czuję silnie pulsujący ból w tyle głowy. Łapię się za głowę i z sykiem siadam gwałtownie na podłogę.
-Aaaa- W oczach pojawiają się łzy bólu. Chłopak szybko zareagował Klęknął obok mnie i boleśnie powoli podniósł moją głowę.
-Nikol-szepcze. Opieram głowę o jego udo i czekam aż ból zelży. Głaszcze mnie po włosach. Zacięte łzy nie chcą przestać płynąć. - Nicol nie płacz. Chodź usiądź. -Pomaga mi się podnieść. Pośpiesznie ocieram łzy. Kuca przede mną. Przygląda mi się przez chwilę i do karetki wchodzi ten sam co wcześniej facet. -Co jest.
-Nie żyje. Skała opadła zanim zdążyliśmy do niego dojść. No to teraz zajmiemy się tobą.
-Nic mi nie jest.-Mówię szorstko.
- Popatrz-mówi i pokazuje mi palec. Patrzę na niego a on świeci mi po oczach tą swoją latareczką. -Co podane?
- Melisa podwójna dawka tak jak kazałeś.
-Dobrze. Podaj mi ketanol i wacik.- Chłopak szybko wziął lekarstwo. Doktorek podał mi domięśniowo zastrzyk. Otulił kocem i kazał siedzieć spokojnie.
W Szpitalu wzięli mnie na badania i poinformowali rodziców że jestem w szpitalu i o śmierci mojego brata.
Siedziałam na łóżku i tępo patrzyłam w ścianę szpitalnych pokoi. Nie zwracałam uwag na to kto wchodzi.
-Niki.- Odetchnęła mama.-Boże.- rzuciłam jej się w ramiona.
-Mama-zaczęłam płakać jak dziecko. Przez dłuższy czas płakałam w jej szyję. Ona tuliła mnie mocno próbując uspokoić.
***
Wyjechałam musiałam wyjechać. Zatrzymałam się w Seattle. Wynajęłam mieszkanie. Zapisałam się do szkoły. Dopiero zaczęłam normalne życie. Rodzice opłacają mieszkanie i przesyłają mi pieniądze. Rozumieją mnie dlatego nie protestowali kiedy powiedziałam że chcę się wyprowadzić. Mieszkam tu już od 5 miesięcy i jest mi dobrze.- Hej-powiedział cicho Jake.
- Hej-wymruczałam sennie.
-Wstawaj śpiochu.- całuje kącik ust.- Wstawaj masz dzisiaj ostatni dzień matur
-Ale mnie pocieszyłeś-mruknęłam pod nosem. Zaczęłam się podnosić na łóżku. Siedziałam długo wczoraj i powtarzałam materiały. Przetarłam zaspane oczy. Była 7.10 a miałam na 9. Poszłam się trochę ogarnęłam i ubrałam się na luzie ale elegancko. Wyszłam z łazienki była 8.10. Jake uśmiechnął się na mój widok. Podszedł do mnie i pocałował.
-Piękna jesteś.
-Tak. Już to słyszałam.- Uśmiechnęłam do niego ciepła-Ale znasz moje zdanie.-Powiedziałam a on lekko uderzył mnie w tyłek
-Ej za co?
-Dobrze wiesz za co. I będziesz tak dostawać za każdym razem kiedy będziesz tak mówić.- Przyciągnął mnie jeszcze bliżej i pomasował miejsce które uderzył.
- O której wrócisz?-Zapytałam
-Dzisiaj mam zebranie kotku. Trochę mi się zejdzie. Ale możesz przyjść. Dzieciaki za tobą szaleją.
-Dobrze. Przyjdę. Biorę kilka łyków kawy i wychodzę z domu.